===poczatek=====
Nobilitacje i herby dla potomków Izraela
"Najliczniej osiedleni Żydzi są w Polsce, do której chronili się
zawsze wypędzani z innych krajów. A Polska zawsze miała otwarte
gościnne bramy, na przyjęcie synów Izraela".
Ludwik Korwin "Szlachta żydowska"
Powszechne, a zgoła błędne jest mniemanie, że przechodzenie na wiarę
chrześcijańską rodzin wyznania mojżeszowego zamieszkujących
Rzeczypospolitą datuje się od drugiej połowy XVIII stulecia, a więc od
czasu narodzin sekty antytalmudystów, czyli frankistów. Początki tego
procesu sięgają prawie trzy stulecia wstecz.
Najstarsza wzmianka o gminie żydowskiej w Polsce pochodzi z lat
trzydziestych XI w. z Przemyśla. Pierwsi osadnicy przybywali z Rusi,
następni, bardziej liczni z Czech i krajów niemieckich. Ze względów
religijnych i obyczajowych osiedlali się w większych grupach.
Najliczniej w Krakowie, Kaliszu, Gnieźnie, Sandomierzu, Płocku,
Legnicy, Głogowie.
Osadnictwo to musiało przybrać duże rozmiary np. w Wielkopolsce skoro
jej książe - Bolesław w r. 1264 wydał przywilej zapewniający im
bezpieczeństwo, jako słabszym, uciśnionym, oraz równe z chrześcijanami
traktowanie przed sądami.
Kazimierz Wielki prawa te potwierdził i rozwinął.
Miasta, a później i wsie, chętnie Żydów przyjmowały. Marian Sawicki,
dziewiętnastowieczny znawca tej problematyki zwraca uwagę na
okoliczności sprzyjające imigracji: "... handlu żaden z Polaków
prowadzić nie umiał, bo chłop ujarzmiony pracował na swego pana, a
rycerz uczył się tylko swobodnego i niezależnego życia wojowniczego.
Żydzi byli przeto łaskawie przyjmowani, tym więcej, że przynosili ze
sobą znaczne bogactwa. Pośredniczyli oni głównie w wywożeniu produktów
za granice i dlatego nad spławnemi osiadali rzekami".
Najistotniejszym jednak powodem osadnictwa w Rzeczypospolitej była
daleko posunięta tolerancja wyznaniowa i narodowościowa oraz praktyka
przyznawania wielu przywilejów, gdzie indziej w Europie
niespotykanych.
Antoni Podraza, współczesny historyk U.J. podaje, że w 1764 r. w
Rzeczypospolitej Obojga Narodów zamieszkiwało prawie 600 tys. osób
wyznania mojżeszowego, co stanowiło połowę jej populacji na świecie!
Wróćmy do praktyki przechodzenia Żydów na wiarę chrześcijańską i ich
nobilitacje.
Początki
były oto takie: Wielki Książe Litewski Aleksander, syn Kazimierza
Jagiellończyka, po uszy zadłużony u biznesmenów wyznania mojżeszowego,
chcąc się pozbyć wierzycieli, wydał w r. 1495 dekret nakazujący Żydom
opuszczenie Księstwa.
Jeden z nich, Oszejko, postanowił przechytrzyć księcia. Po ogłoszeniu
dekretu, zamiast pakować dobytek udał się do kościoła i przyjął
chrzest. Rygor wydalenia stał się bezpodstawny. Co więcej, cztery lata
później Jan Olbracht nadał Stanisławowi Oszejce szlachectwo z herbem
Merawa.
Nieco później aktem chrztu ratował się przed wygnaniem Jan Józefowicz
(Ezofowicz). Handlując przez długie lata skórami, solą, gorzałką oraz
dzierżawiąc podatki i myta, dorobił się tak wielkiej fortuny, iż z
pewnością można go nazwać litewskim Rotszyldem.
Jego zakładnikami byli nie tylko dygnitarze Księstwa i Korony. Także
król Zygmunt I często pukał do szkatuły tego możnego kupca i poborcy.
Dostojny dłużnik wynagradzał go hojnie: nobilitował z herbem Leliwa, a
w r. 1510 mianował podskarbim wielkim litewskim, czyli dzisiejszym
ministrem Kołodką na Litwie.
Tak więc świeżo ochrzczony Józefowicz, syn Joska Rachejewicza,
zasiadał w radzie wielkoksiążęcej obok takich tuzów Rzeczypospolitej,
jak kniaź Konstanty Ostrogski, Mikołaj Radziwiłł, Jan Sapieha i wielu
innych.
Za kilka lat miała się wydarzyć rzecz niepojęta dla współczesnych. Oto
brat Jana Józefowicza, Michel Ezofowicz, nie zmieniwszy wyznania
mojżeszowego został nobilitowany w Krakowie w r. 1525, i to podczas
Hołdu Pruskiego! Nadano mu też staropolski herb Leliwa.
Michel był mytnikiem brzeskim, dzierżawcą karczm w Mochylewie i
Witebsku. Arendował myta i komory celne: brzeskie, drohickie,
grodzieńskie, bielskie, łuckie i włodzimierskie.
Godzi się zauważyć, że był to jedyny przypadek w Rzeczypospolitej
nobilitowania rodu nieochrzczonego. Wprawdzie szlachectwo i herb
otrzymał też Moses, będący wyznania mojżeszowego, ale już z rąk władz
austriackich w r. 1881.
Praktyka zmiany wiary była kontynuowana w latach następnych. Nie miała
jednak większego znaczenia społecznego i politycznego aż do czasu
pojawienia się
Turczynowicza i Franka.
Historycy zgodnie uważają, że byli oni ojcami fali neofitów w drugiej
połowie XVIII stulecia.
Pierwszy był wielce gorliwym kapłanem, proboszczem w Dzięciole na
Litwie, później administratorem parafii św. Stefana w Wilnie.
się, że do tego księdza zgłosił się jakiś rybak z prośbą o wysłuchanie
spowiedzi, bo za trzy dni miał brać udział w połowie ryb. Ma
przeczucie, że utonie. Ksiądz przekonał go, że przeczucia zawodzą,
odmówił spowiedzi i kazał mu przyjść po połowie. Jakież było
zdziwienie księdza, kiedy dowiedział się, że przeczucie rybaka się
spełniło. Postanowił ksiądz poświęcić się pracy misjonarskiej w
Afryce. Ale został w Wilnie i poświęcił się nawracaniu Żydów".
Ów kapłan obracał się nie wśród bogatych, lecz w środowisku Żydów
ubogich.
Mężczyzn chętnych do zmiany wyznania było jednak niewielu. Ksiądz
Turczynowicz zauważył, że dziewczęta i kobiety są bardziej skłonne do
przyjmowania chrztu. Powstało stowarzyszenie żeńskie, przygotowujące
do chrztu córki rodzin żydowskich.
Jednym z ważniejszych zadań było wyszukiwanie znanych i zamożnych
ojców chrzestnych. Byli to na ogół wojewodowie, dygnitarze dworscy i
koronni, biskupi, opaci.
Do roku 1820 wyznanie katolickie przyjęło ponad 2000 dziewcząt z domów
żydowskich. Prawie wszystkie wybrały mężów katolików.
Tym, który rzucił hasło przechodzenia na chrześcijaństwo wyznawców
religii mojżeszowej, był Józef Jakub Frank (1726 - 1791), syn Lejby,
bakałarza w szkołach żydowskich na Podolu i Wołoszczyźnie.
Od dzieciństwa okazywał awanturnicze usposobienie, skłonność do
fantastycznych marzeń i mało nabożeństwa do Talmudu. W latach
młodzieńczych Frank żył z handlu drogimi kamieniami (w Bukareszcie,
Smyrnie, Salonikach), w wolnych chwilach poświęcając się praktykom
okultystycznym i dyskusjom z kabalistami. Nic dziwnego, że szybko
zasłynął jako mistrz sztuk magicznych, co otoczenie mędrców żydowskich
przypisywało jego nadprzyrodzonym siłom.
Jak podają biografowie, Frank w r. 1754 doznał zesłania Ducha Św. W
rok później pojawił się na Podolu w celu zorganizowania sekty swoich
wyznawców. Podjął zwycięskie dysputy z ortodoksami Talmudu. Oskarżał
ich o wrogość do innych religii, a księgi talmudystyczne uznał za "nie
tylko doczesnego, ale i wiecznego ognia godne". Toteż w wielu miastach
palono je w miejscach publicznych. W 1758 r. August III zapewnił
sekcie opiekę "według prawa pospolitego".
Mając poparcie najwyższych kół dworskich Frank złożył ofertę masowych
nawróceń Żydów w Rzeczypospolitej.
Podczas dysputy z obrońcami Talmudu 17 września 1759 r. przyjął
chrzest. Ojcem chrzestnym był hrabia Franciszek Rzewuski. W
powtórzonym akcie ojcem chrzestnym Franka był sam król Stanisław
August Poniatowski.
Głównymi ośrodkami chrztu były w Koronie: Warszawa, Nieszawa, Kłodawa,
Poddębice, Wartkowice, Łęczyca, Włocławek, Radom, Kamieniec Podolski,
Łuck, Winnica.
Frankiści, aż do śmierci Ewy (1810 r.), córki mistrza, tworzyli
zamknięte grupy nie biorące udziału w życiu społeczeństwa, do którego
formalnie się przyłączyli. Później następowała szybka ich asymilacja,
zaznaczająca się aktywnym udziałem w życiu Polski doby rozbiorowej.
Gospodarka, sztuka, nauka, wydawnictwa.
Nietypowy dla polskich neofitów, bo nie katolicki, lecz
augsbursko-reformatorski, jest dom Wolffów, wielce zasłużony dla
medycyny polskiej i niemieckiej. Jego protoplastą był Abraham Wolff,
lekarz żydowski w Pradze Czeskiej, sprowadzony w r. 1750 przez księcia
Sułkowskiego do Leszna. Otrzymał stanowisko generalnego sztab-medyka w
wojsku.
polskim. Nosiła ona tytuł "Traktacik o powietrzu morowem dla ludu
polskiego" (1756 r.).
Jego syn, August, założył w Warszawie w r. 1809 szkołę lekarską, która
zdobyła sobie rozgłos w całej Europie. W r. 1820 nadano mu szlachectwo
i herb "Postęp".
Ostatnie lata życia spędził w majątku swego brata w Głuchowie koło
Grójca.
Do historii przeszli Kronenbergowie (herbu Strug) - ród bankierów,
przemysłowców, administratorów i wydawców. Początek ich sławie dał
Samuel, a rozwinął Leopold Stanisław. Był m. innymi wydawcą "Gazety
Codziennej" oraz założycielem Warszawskiej Szkoły Handlowej.
W życiu gospodarczym i kulturalnym Królestwa Polskiego, niezwykłą
aktywność wykazała rodzina Lesserów (herbu własnego). Stanisław, jeden
z dwanaściorga rodzeństwa, baron z nadania w r. 1867, był właścicielem
kilkunastu kamienic w Warszawie, paru cukrowni, konsulem peruwiańskim,
sędzią trybunału koronnego.
Jego brat, Aleksander, studiował sztuki piękne w Warszawie, Dreźnie,
Monachium. Zgłębiał polskość w "archeologicznych drobiazgach".
Zasłynął jako malarz - dokumentalista dziejów Rzeczypospolitej. Wśród
jego kilkudziesięciu obrazów znajdują się: "Obrona Trembowli" i
...
więcej »
Dwór w Waplewie Wielkim - przed wojną majątek Sierakowskich, rozparcelowany przez nazistów. W PRL-u oddział Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej. Dziś - Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Najważniejsze zadanie jakie czeka pracowników placówki to odtworzenie kolekcji malarstwa należącej niegdyś do Sierakowskich
- W 1941 r. Niemcy przewieźli kolekcję Sierakowskich z Waplewa do Gdańska - mówi Andrzej Trzeciak, szef waplewskiego muzeum. - W 1943 r. postanowili wywieźć zbiór do Nowej Wioski pod Kwidzynem, żeby zabezpieczyć go przed alianckimi nalotami. I tu ślad się niestety urywa. W tym momencie powinien więc wkroczyć Indiana Jones... Ale poszukiwanie kolekcji to mozolna praca w bibliotekach, archiwach i muzeach wśród zakurzonych woluminów. Istnieje katalog malarstwa kolekcji Sierakowskich z 1878 r. oraz inwentarz niemiecki z 1942 r. Są w nim obrazy malarzy europejskich oraz płótna familijne, głównie portrety przodków. Skatalogowanych obrazów było 440. Jednym z najcenniejszych był "Św. Sebastian" Tintoretta - Sierakowscy odziedziczyli go razem z dworem.
Majątkiem Waplewo stanowiącym pierwotnie dobra rycerskie od początku XVII w. władały polskie rody szlacheckie: Niemojewscy, Zawadzcy, Chełstowscy i Bagniewscy. Później, przez 200 lat - do 1939 r. - Waplewo należało do rodziny Ogończyk-Sierakowskich. W latach 30. ubiegłego wieku majątek rozparcelowali naziści, po wojnie dwór stał się własnością Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej. W latach 70. i 80. istniał tu pensjonat. W grudniu 2006 r. samorząd województwa pomorskiego przekazał Muzeum Narodowemu w Gdańsku pałac w Waplewie Wielkim i otaczający go park. Powstało tam Muzeum Tradycji Szlacheckiej - Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonią. - Na początek, za jakieś 2-3 lata, w zależności od funduszy unijnych, chcemy odtworzyć Salę Gdańską i Białą, gdzie mieściła się kolekcja obrazów - mówi Trzeciak. - Po wojnie, gdy posiadłość stała się PGR-em, w Sali Gdańskiej było kino. Zachował się w niej jednak XVI-wieczny kominek i XIX-wieczny strop drewniany. W latach 70. i 80. działał tu pensjonat, dziś większość pomieszczeń w pałacu utrzymana jest w dość "przaśnym" klimacie tamtych lat. Np. Sala Biała wygląda jak gierkowska restauracja.
Sierakowscy zaczęli kolekcjonować malarstwo od końca XVIII w., zbiory zapoczątkował Kajetan Sierakowski. - W pierwszej połowie XIX w. Antoni Sierakowski, syn Kajetana przywiózł kilkadziesiąt obrazów z Włoch - opowiada Trzeciak. - Następnie przybyło malarstwo staroniemieckie, niderlandzkie, gdańskie, do czego szczególnie przyczynili się Maria z Sołtanów i Alfons, którzy kupowali obrazy na aukcjach w Berlinie, Gdańsku, Dreźnie. Dla ogółu szlachty malarstwo miało jedynie walor użytkowy. Obrazy nie stanowiły, jak dla nas, przedmiotu estetycznej refleksji. Do dworów zamawiano głównie portrety, ale i te traktowano również w sposób dość swobodny. Na przykład hetman Michał Radziwiłł "Rybeńko" kazał obcinać ramiona sportretowanym monarchom, by tym łatwiej pomieścić w jednej sali całą galerię królewskich konterfektów, którą pragnął się pochwalić - mówi szef Waplewa.
Pierwszym obrazem, jaki Andrzej Trzeciak odzyskał z kolekcji Sierakowskich, jest portret Leonarda Pocieja, wojewody witebskiego, dzieło nieznanego autora. - To typowy portret staropolski malowany przez jakiegoś średnio zdolnego malarza cechowego - wyjaśnia Trzeciak. - Wydobyłem go z magazynu Muzeum Narodowego. Dziś z kolekcji pozostało około 40 dzieł sztuki, udało się do nich dotrzeć Dobromile Rzyskiej-Laube, historykowi sztuki, zajmującej się kolekcją Sierakowskich. Spora część z nich jest w rękach prywatnych, część u Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej, kolejna część w polskich muzeach. - "Chrzest Chrystusa" Maertena van Heemskercka, malarza niderlandzkiego z przełomu XV i XVI w., który tworzył we Włoszech. Obraz ten jest w Muzeum Narodowym w Warszawie, dokąd został zakupiony w Desie w 1969 r. - mówi Dobromiła Rzyska-Laube.
- Ale szanse, aby go stamtąd wyciągnąć, są właściwie żadne - dodaje Andrzej Trzeciak. Na kolekcję Sierakowskich składała się także biblioteka - 11 tys. tomów, którą Niemcy również wywieźli. - Był także potężny zbiór mebli, w tym wschodnich. Szczególny zaś nacisk Sierakowscy kładli na meble gdańskie, zbierali je, kierując się sarmacką nostalgią za Gdańskiem. Stąd też obecność sali gdańskiej w waplewskim dworze - tłumaczy Trzeciak - Niestety, meble nie były nigdzie opisane, nie da się więc ich odtworzyć, podobnie jak ceramiki czy kolekcji starożytności. Obecnie, wsparci finansowo przez Narodowe Centrum Kultury, pracujemy nad stworzeniem w oparciu o zachowane źródła, cyfrowego katalogu waplewskiej kolekcji sztuki, odzyskaniem choćby w formie cyfrowej archiwum dworskiego Sierakowskich oraz zewidencjonowaniem książek i publikacji pochodzących z waplewskiej biblioteki, a znajdujących się obecnie w Bibliotece Gdańskiej PAN. Ale dwór szlachecki oznaczał przede wszystkim gościnność, chcemy więc organizować tu wiele spotkań, imprez nawiązujących do tradycji szlacheckiej, chcemy, żeby to miejsce żyło. Z pewnością nie będzie tu nudy - zapewnia dyrektor.
Dzieje kolekcji Sierakowskich będą tematem sesji "Waplewo. Dziedzictwo odzyskane" 30 listopada w Muzeum Tradycji Szlacheckiej
Izabella Sierakowska-Tomaszewska :O to, by w Waplewie powstało muzeum, walczyłam prawie dziesięć lat. Kamień spadł mi więc z serca, gdy wreszcie to się udało. Bałam się, że w przeciwnym razie dwór się zmarnuje albo przejmie go ktoś prywatny. A muzeum jako instytucja poważna i państwowa to najlepsze wyjście - kiedy tylko w Waplewie znajdą się systemy zabezpieczające, przekażę tam wszystkie obrazy, pamiątki rodzinne, fotografie, dokumenty. Jestem ostatnia z rodu, nie chciałabym, żeby to dziedzictwo się rozproszyło. Który z obrazów cenię sobie szczególnie? Jest takie płótno związane z moim ojcem, Andrzejem Sierakowskim. To "Bitwa pod Parkanami", obraz, który wisiał w tzw. "pokoju chłopców", czyli taty i stryja Adama. Nie wiem, kto jest jego autorem, ale mam do niego wielki sentyment - w czasie wojny, dzień przed wyjazdem rodziny z Waplewa, obraz ten niespodziewanie spadł ze ściany. Tak jakby miałby to być jakiś znak.
Aleksandra Kozłowska
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto